czwartek, 25 lutego 2016

Rozdział XX:

Como un guerrero en la arena, yo lucharé y al final yo ganaré...[1]

         Kiedy po treningu wrócił do domu, zmartwiła go panująca tu cisza. Rzucił w przedpokoju torbę i poszedł do kuchni. Potem udał się do salonu, na taras, do ogrodu. Nigdzie jej nie było. W końcu poszedł na górę do sypialni. Niby wszystko było normalnie, ale… Coś przykuło jego uwagę. Drzwi od garderoby były otwarte. Wszedł tam i zamarł. Pomieszczenie świeciło pustkami. Zabrała wszystkie swoje rzeczy. Nie mógł w to uwierzyć. Kopnął ze złości w fotel. Wyszedł i usiadł na łóżku. Schował twarz w dłoniach. Co on narobił? Ria się wyprowadziła. Gdzie teraz była? Może wróciła do mieszkania dziadka? Chciał to sprawdzić, ale kiedy wstawał, w ręce wpadła mu niewielka karteczka. To było jej pismo. Spojrzał z przerażeniem na wykaligrafowane słowa.
„Przepraszam. Nie potrafię inaczej. Starałam się, ale nie jestem jednak tak silna. Muszę to wszystko przemyśleć. Dajmy sobie czas.
Ria”
         Może to jednak nie koniec? Nie napisała przecież, że nie chciała go znać, ani że z nim zrywała. Była jeszcze nadzieja. Musiał ją znaleźć. Musiał ją znaleźć i to szybko. Może jeszcze nie wyjechała? Moment, Marc coś mówił, że ostatnią noc spędziła u nich. Tak, to było to. Jego przyjaciele musieli coś wiedzieć na temat wyjazdu Murillo. Szybko zbiegł po schodach, wsiadł do auta i z piskiem opon ruszył w kierunku Castelldefels, gdzie mieszkali młodzi rodzice. Nie pukając, wszedł do ich domu.
– Marc! – krzyknął.
– Co się drzesz? – podszedł do niego kolega z drużyny, trzymający w ramionach synka – Masz szczęście, że Fabio nie śpi, bo Melissa by cię chyba zabiła, jakbyś go obudził. – cmoknął dziecko w czółko – Co jest?
– Gdzie ona jest? – zapytał prosto z mostu.
– Kto? – odezwała się Hiszpanka – Szukasz Rii?
– Spała u was wczoraj. Musicie coś wiedzieć. – błagał – Wróciłem do domu, a tam nie było już jej rzeczy. – usiadł z kanapie – Ani jednej, rozumiecie? Nic. Zabrała wszystko – w oczach miał nie tylko ból, ale i łzy.
– Wiesz przez co wyjechała, prawda? – dziewczyna wzięła dziecko na kolana i zaczęła je bujać.
– Domyślam się. Nie wiedziałem, że aż tak przegiąłem. To tylko piwo.
– Nie dla niej. Dla niej alkohol to alkohol. Ona dużo przeszła. A wspomnień nie da się wymazać. Nawet tych najbardziej bolesnych – powiedział mu przyjaciel.
– Chciałbym tak jak wy – zapatrzył się na Fabio.
– Co masz na myśli?
– No tak jak wy. Mieć dom, ukochaną przy boku, dziecko… – westchnął – Chciałbym założyć z Rią rodzinę. – wyszeptał – Wszystko spieprzyłem, co? – zwrócił się do kobiety.
– Posłuchaj, Gerard, masz swoje za uszami, ale jesteś dobrym człowiekiem. Zasługujesz na szczęście. Nic jeszcze nie jest stracone. Na nic nie jest za późno.
– Myślisz, że byłaby w stanie mi wybaczyć?
– Tak. A wiesz dlaczego? – pokręcił przecząco głową – Bo cię kocha, idioto.
– Skąd wiesz? Powiedziała ci? – nie wierzył, a po chwili posmutniał – Mi tego nigdy nie powiedziała.
– A ty jej to kiedyś powiedziałeś?
– Nie – zawstydził się.
– No widzisz, oboje się boicie, ale się kochacie.
– Co ja mam teraz zrobić? Nawet nie wiem, gdzie ona jest – był bezsilny. Chciał ją po prostu przytulić. Przyciągnąć do siebie mocno i już nigdy nie puszczać. Chciał spędzić z nią resztę życia. Był pewien, że Murillo była tą jedną jedyną.
– Marc, idź położyć małego. – oddała syna w ręce narzeczonego – Zanim cokolwiek powiem… Co ty do niej czujesz, Geri?
– Szaleję za nią. Uwielbiam ją. – powiedział pewnie – Kocham ją. – dodał ciszej – Kocham ją jak głupi.
– Wiesz, gdzie mieszka teraz Mourinho?
– No tak. Na obrzeżach Mediolanu – podrapał się po karku.
– Via Pompeo Marchesi 48. – rzuciła płynnym włoskim oraz poklepała go po plecach – Powodzenia.
– Ona tam jest?
– Tak, mieszka tam z Mou. – wtrącił się Bartra – Rezerwuj szybko lot i ją odzyskaj. Ona też za tobą tęskni.
         Nie myśląc wiele wybiegł z posesji rzucając jedynie niewyraźne pożegnanie. Udał się prosto na lotnisko. Portfel i telefon miał ze sobą, a więcej nie było mu potrzeba. Nie miał zamiaru spędzić tam kilku dni. Jechał tam tylko i wyłącznie po to, by powiedzieć Murillo te dwa proste słowa. No i jeszcze, żeby ją prosić o powrót do domu. Do ich wspólnego domu. Chciał tego jak niczego innego na świecie. Całym sercem i duszą pragnął, żeby ta drobna osóbka znowu zagościła w ich wspólnym gniazdku. By mógł budzić ją subtelnymi pocałunkami. By mógł wtulić się w nią o każdej porze dnia i nocy. By razem śmiali się, oglądając komedie. By spędzali ze sobą każdy wieczór, każdą możliwą chwilę. By dawali sobie radość. Uwielbiał na nią patrzeć. Ubóstwiał każdy jej ruch, gest. Kochał w niej wszystko. Była dla niego ideałem, pomimo wad, które posiadała. Nie potrafił wyobrazić sobie kogoś innego w jego łóżku. Chciał tylko jej. Marzył o tym, żeby ich wspólne poranki wypełnione były czułością i radością. W głębi duszy liczył na to, że już niedługo dane mu będzie usłyszeć z jej ust tak piękne zdanie, które do góry nogami wywróci ich życie. Ale to będzie ich wspólne życie. Był skłonny zmieniać pieluszki, wstawać w nocy. W gruncie rzeczy, on się tego wręcz nie mógł doczekać. Chciał się postarać o dziecko już jakiś czas temu, ale bał się jej o tym powiedzieć. Bał się, że mogła go wyśmiać albo się nie zgodzić. Przecież nigdy mu nie powiedziała, że go kochała. Te myśli, że mogłaby kiedyś odejść, zamęczały go, nie dawały spać, normalnie funkcjonować. Trawiły go od środka i tutaj właśnie pomagał alkohol. Okazał się być najlepszym kompanem do topienia smutków. Tylko, że to właśnie przez tego towarzysza wszystko się posypało. To przez to Ria przebywała obecnie w Mediolanie w domu Mourinho. To właśnie przez alkohol Gerard mógł stracić miłość swojego życia. I właśnie to do niego dotarło.
         Stwierdził, że był głupcem. Nie stać go było na szczerą rozmowę z kobietą, którą darzył ogromnym uczuciem. Zwykle nieprzebierający w słowach i dążący do wyznaczonego celu światowej klasy piłkarz nie odważył się na tyle, by wyznać swoje uczucia i zdradzić plany na przyszłość, a także marzenia dotyczące założenia rodziny. Takiej prawdziwej, kochającej się, wspierającej i szczęśliwej rodziny. Kto by pomyślał, że ten prawie dwumetrowy stoper marzył o maleńkim brzdącu, który byłby owocem miłości jego i pewnej pięknej dziennikarki? Na pewno nie sam zainteresowany. Ale przez ten rok wiele się wydarzyło. Gerard zakochał się, zadurzył, wpadł po uszy czy jak sobie chcecie. Nie widział świata poza wnuczką starego Saldaña. Bo to ona była całym jego światem. Nie liczyło się dla niego nic więcej. To ona była na pierwszym miejscu. Dla niej gotów był rzucić piłkę nożną, wyprowadzić się na drugi koniec świata. Wszystko by dla niej zrobił. A nie zrobił tak prostej, jakby się wydawało rzeczy. Nie potrafił jej nie skrzywdzić. Nie zrobił tego oczywiście celowo, ale jednak ją skrzywdził. Zranił jej uczucia. Nie docierało do niego, jak mógł być tak głupi. Wyrzucał sobie, że chodził do tych wszystkich barów. Był zły sam na siebie. Chociaż zły to za mało powiedziane. Był wściekły. Wściekły za własną głupotę, idiotyzm, kretynizm. Nie mógł sobie wybaczyć, że jego maleńka Ria płakała. A co najgorsze – płakała prze niego. Dosyć. Musiał to zmienić. Musiał to naprawić. Przecież on ją do jasnej cholery kochał! I choćby to on miał cierpieć katusze, nie pozwoli, by ta śliczna istotka uroniła przez niego choćby jeszcze jedną łzę.
         Był zdeterminowany. Ułożył sobie w głowie całą listę argumentów, którymi chciał przekonać nowego trenera miejscowego klubu do tego, by wpuścił go do domu i pozwolił porozmawiać z dziewczyną. Wiedział, że łatwo raczej nie będzie, bo José należał do tych upartych, ale też do tych, którzy dzielnie jak lwy walczyli o swoich najbliższych. A do najbliższych Portugalczyka zaliczała się między innymi Ria Blanca Murillo Saldaña.
         Zrobił kilka głębszych oddechów i spojrzał na zegarek. Dwadzieścia pięć po północy. Na dworze ciemna noc, przerywana pojedynczymi piorunami. Szum szalejącego wiatru, któremu akompaniowały głuche grzmoty. Krople bijące o szyby taksówki. Siedział w żółtym pojeździe i gapił się tępo na świeżo odremontowany budynek z wysokim żywopłotem. Dawno nie widział takiej ulewy. Chyba ostatni raz miało to miejsce jeszcze podczas jego przygody z Manchesterem United. Przetarł twarz drżącymi dłońmi, wręczył taksówkarzowi banknot i pognał w strugach deszczu na ganek. Stanął tam, otrzepał włosy z kropli i… Zadzwonił. Przed jego oczami przewijały się różne sceny tego, co mogło za chwilę nadejść. Pomyślał nawet o tym, że trener stanie zaraz w drzwiach i powie mu, że teraz już za późno, bo to właśnie on związał się z dziennikarką i są w końcu szczęśliwi. Pokręcił głową, jakby chciał odsunąć od siebie tę wizję. Pomógł mu w tym odgłos otwieranych drzwi. W progu stał średniego wzrostu posiwiały mężczyzna, będący jednak w świetnej formie fizycznej. Zmierzyli się dokładnie. Gospodarz popatrzył na gościa z mordem w oczach, ale już po chwili lekko się uśmiechnął i zaprosił piłkarza do środka.
– Już myślałem, że dzisiaj się nie pojawisz. A obiecałem sobie, że za każdy dzień zwłoki będę ci coraz bardziej utrudniał wizytę i pobyt w mieście – odezwał się.
– Co? – zamrugał kilka razy Katalończyk – To ty wiedziałeś, że przyjadę?
– Tak. – pokiwał głową – A przynajmniej miałem taką nadzieję. Że w końcu zrozumiesz, że ją kochasz i przyjedziesz ją odzyskać. – zaśmiał się, siadając na kanapie – Ale nie wiedziałem, że będziesz miał takie wejście. W otoczeniu atmosfery grozy. Wiesz, burza, błyskawice, ulewa, prawie huragan, a tutaj pojawia się skruszony, zdeterminowany i przemoczony do suchej nitki Piqué.
– José, ona tutaj jest, prawda? – zapytał niepewnie, a ten pokiwał głową.
– Tak. Ale najpierw musisz mi powiedzieć, co masz zamiar zrobić.
– Chcę ją przeprosić za to, że byłem takim dupkiem i kretynem. Nigdy nie chciałem, żeby przeze mnie płakała. – jęknął bezsilnie – Zależy mi na niej. Jest dla mnie najważniejsza na świecie. Zrobiłbym dla niej wszystko. Dosłownie. Kocham ją i chcę, by była szczęśliwa. Jeśli jest taka beze mnie to trudno. Odejdę. Ale mam jeszcze nadzieję, że da mi szansę to wszystko poskładać. Naprawić to, co spieprzyłem. Bo nie chciałem. Ja naprawdę nie chciałem. Nigdy już nie wezmę do ust alkoholu. – uśmiechnął się leniwie – No może zrobię drobny wyjątek, jak urodzi mi się dziecko. Ale wiesz, to tylko po to, żeby było zdrowe. Wolałbym nie kusić losu.
– Dziecko?
– Tak. – odpowiedział poważnie – Chciałbym, oczywiście jeśli Ria się zgodzi, założyć rodzinę. Mieć dzieci. Mieć żonę – wyszeptał ostatnie zdanie. Portugalczyk poklepał go przyjacielsko po plecach. Gerard uniósł głowę i wtedy ją zobaczył. Stała zapłakana na schodach. Miała na sobie jedynie jego za dużą koszulkę. Pamiętał, że pożyczył ją jej, kiedy nocowała u niego po raz pierwszy. Nie miał pojęcia, że ją tu ze sobą zabrała. Może w takim razie jeszcze coś dla niej znaczył? Przecież takie drobne gesty też miały drugie dno, nieprawdaż? Dotarło do niego, że Murillo słyszała całą rozmowę i nawet mu ulżyło.
– Walcz o nią – szepnął mu na ucho szkoleniowiec i udał się na górę, zapewne do swojej sypialni. Przechodząc obok młodej dziewczyny, ucałował ją w czoło, dodając otuchy. Ona zaczęła powoli schodzić na parter. Była przerażona. Nie lubiła takich sytuacji i to dlatego zawsze przed nimi uciekała. Ale kiedyś w końcu trzeba było stawić im czoła. Kiedyś w końcu musiał być ten pierwszy raz.
         Kataloński stoper zerwał się na równe nogi i podbiegł do niej. Nie myśląc zupełnie, porwał ją w ramiona. Tak, tego mu było trzeba. Ciepła jej ciała, jej oddechu muskającego jego szyję, jej bicia serca. Zacisnęła drobne piąstki na jego przemoczonej koszulce. Czuł, że płakała. Odsunął ją od siebie delikatnie. Wziął w dłonie jej twarz i zaczął scałowywać wielkie jak grochy łzy. Nie pomagało. Dziewczyna płakała jeszcze mocniej. Musnął jej nos swoim i złączył ich czoła. Słyszał, jak jej oddech powoli się normował. Uspokajała się. Stali tak na środku salonu, wtuleni w siebie. Chcieli się nacieszyć tą chwilą, bo nie mieli pojęcia, co przyniesie kilka najbliższych minut, a może godzin. Nie wiedzieli, co chciała powiedzieć ta druga strona. Oboje się bali. Bali się przede wszystkim odrzucenia i związanego z nim cierpienia. Wiedzieli, że nie byliby w stanie znieść rozrywającego się na pół serca. To właśnie wizja tego przeszywającego na wskroś bólu sprawiła, że bali się wyznać swoje uczucia. Nie chcieli go nigdy poczuć. A w tej chwili – choć nieświadomie – doprowadzili do tego, że krwawiły ich serca. Serca przepełnione miłością do osoby, którą przytulali.







[1] Nicky Jam „Un Sueño”
[Jak wojownik na arenie, będę walczył i na końcu wygram…]

***
Mamy i rozdział z perspektywy Gerarda. :D

czwartek, 18 lutego 2016

Rozdział XIX:

It's gonna take a miracle to bring me back. I guess that's what I get for wishful thinking. Should've never let you enter my door.[1]

         O, nie. Tego było już zbyt wiele. Skoro tak miało wyglądać nasze wspólne życie, to ja miałam tego kategorycznie dosyć. Nie mogłam pozwolić sobie na to, by znów obawiać się o każdy kolejny dzień. Już kiedyś tak żyłam i jak to się skończyło? No właśnie – nijak. Uciekłam. Zawsze tak robiłam, kiedy coś mnie przerastało. Czym ja zawiniłam scenarzystom mojego nędznego żywota, że coraz to dokładali mi nowych zmartwień, problemów? A miało być już tak pięknie. Z Piqué miało być inaczej, lepiej. Przy nim miałam się w końcu odnaleźć, zasmakować szczęścia, miłości. Nie chciałam więcej smutków. Nie chciałam, by znowu zaczęły mnie męczyć wspomnienia. Niestety nie udało się. Demony przeszłości znowu zaczęły się ze mną droczyć.
– Teraz to już przegiąłeś, Gerard – zdenerwowałam się.
– O co ci chodzi? – mruczał – Byłem po prostu na piwku z kumplami i tyle – wzruszył ramionami.
– Na piwku z kumplami? To chyba wpadłeś do beczki z wódką po drodze, bo tak śmierdzisz alkoholem! Nie wmówisz mi, że wypiłeś dwa czy trzy piwa! Nie jestem ślepa! – krzyczałam.
– Musisz się tak wydzierać? Łeb mi pęka.
– I bardzo dobrze. – zaśmiałam się – Wiesz co, trzeba było pić częściej, może byłbyś odporniejszy. Co drugi dzień to chyba trochę za mało.
– Nie przesadzaj. Piliśmy za twoje zdrowie – próbował mnie przytulić, ale mu się wyrwałam.
– Dzięki za troskę. Możesz zaprosić kolegów na noc, bo na pewno nie spędzisz jej ze mną. Wychodzę – oświadczyłam, po czym złapałam torebkę i opuściłam posesję.
– Ria! – słyszałam jego wołanie, ale się nie odwróciłam. Nie potrafiłam. Nie mogłam tam zostać. Nie byłam w stanie znowu patrzeć na to, jak bardzo bliska mi osoba piła. Może w przypadku piłkarza nie było to jeszcze uzależnienie, może tylko… Ostatnio imprezował coraz częściej. A ja nie potrafiłam tego znieść. Może wyolbrzymiałam, może robiłam z igły widły, ale byłam przewrażliwiona na tym punkcie. Sama nie piłam nigdy więcej niż jedno piwo. Dlaczego? Bo bałam się, że mnie też może to spotkać, że też nie będę potrafiła się oprzeć i zatracę się w nałogu. Nałogu, który znowu zniszczy mi życie.
         Po kilkunastu minutach dotarłam pod dom Bartry. Zadzwoniłam do drzwi i czekałam, aż ktoś mi otworzy. Zerwał się wiatr i zaczęłam pocierać zmarznięte ramiona. Jak na lipiec pogoda nie sprzyjała. Po chwili w progu ujrzałam wysokiego bruneta.
– Jest Melissa? – spytałam niepewnie.
– Tak. Wchodź. – zaprosił mnie do środka – Zaraz zejdzie. Usypia małego. Obudził się niedawno. – uśmiechnął się lekko – Napijesz się czegoś?
– Wody. – rzuciłam wyprana z uczuć – Dzięki – wypiłam zawartość całej szklanki naraz.
– Coś się stało? Pokłóciliście się, tak? – pokiwałam głową, a on westchnął – Znowu wrócił na bani?
– Ja tak dłużej nie potrafię – rozpłakałam się. Chłopak mnie przytulił i wtedy właśnie zeszła na dół jego partnerka. Popatrzyła na nas zdziwiona.
– Znowu był na „imprezce” – wysyczał piłkarz.
– Marc, zostawisz nas? – poprosiła – Ria, kochanie, nie płacz – pogłaskała mnie uspokajająco po głowie, a ja się w nią wtuliłam jak małe dziecko.
– Ja już nie mogę tak dłużej. Ja nie daję już rady, Mel. Boję się. Boję się o niego. Boję się, że znowu będę cierpiała – wychlipiałam.
– Powiedziałaś mu, że nie lubisz, kiedy pije?
– Tak. I to wielokrotnie. Prosiłam go, żeby nie pił tak często, ale do niego nic nie dociera. Mówi, żebym się nie martwiła, że to tylko piwo z kumplami albo imprezki.
– Może naprawdę tak jest?
– Może. Nie wiem. – pokręciłam głową i otarłam łzy – Ja już nic nie wiem, Melissa. Może jestem jakaś przewrażliwiona. Ale nie zmienię tego. Nie potrafię. Życie już mnie tyle razy skopało, że boję się kolejnego ciosu. Już bym tego chyba nie zniosła…
– Kochanie, – objęła mnie mocno – chodź, zostaniesz dzisiaj u nas. Prześpisz się z tym i rano podejmiesz decyzję, co dalej. Może być?
– Chyba masz rację. A Marc nie będzie miał nic przeciwko, że tu zostanę?
– Marc nie będzie miał nic przeciwko. – zaśmiał się stojący na schodach Bartra – Właśnie pościelił ci w gościnnym.
– Dziękuję. Jesteście tutaj moimi jedynymi przyjaciółmi – uśmiechnęłam się blado.
         Po zimnym prysznicu, którym miałam nadzieję zmyć choć część moich trosk, położyłam się do łóżka. Kręciłam się, przewracałam z boku na bok, ale nie potrafiłam zasnąć. Cały czas męczyły mnie przeróżne myśli. Nie wiedziałam, co teraz będzie. Co będzie ze mną? Z Gerardem? Z nami? Czy było jeszcze, co ratować? Czy był sens ciągle się kłócić o jedno i to samo? Może lepiej po prostu się rozstać? Odpocząć od siebie? Przynajmniej przez jakiś czas? Może to pozwoliłoby na zatęsknienie za sobą? Zrozumielibyśmy, jak wiele dla siebie znaczyliśmy? Albo okazałoby się, że to jedna wielka pomyłka i niepotrzebnie pakowaliśmy się w poważny związek? Zbyt wiele pytań i żadnej odpowiedzi. Co teraz robił mój chłopak? Spał? Oglądał telewizję? Grał na konsoli? A może pił? Nie, stop! Nie mogłam tak myśleć. Nie mogłam od razu spisywać go na straty. Nie mogłam zakładać, że on był taki sam jak… Jak ten człowiek, który już nie żył. Przynajmniej dla mnie. Gerard taki nie był. Zdecydowanie. O to mogłam być spokojna – że nie stanie się taki jak…on. Piqué się mną przejmował, zależało mu – chociaż troszkę. I to właśnie ich od siebie odróżniało. Ale czy będę potrafiła żyć, patrząc na ukochanego mężczyznę, który spożywa alkohol w dużych ilościach? Czy będę mu potrafiła kiedyś zaufać w stu procentach? Kochałam go, ale przecież nie byłam mu nawet w stanie jeszcze opowiedzieć o mojej przeszłości. Jak więc zacząć przyszłość, skoro drzwi od przeszłości są zbyt ciężkie, by je zamknąć? A duma zbyt wielka, by poprosić ukochaną osobę o pomoc?

***

         Rano zasiedliśmy razem do śniadania. Melissa zrobiła naleśniki. Marc zajadał aż mu się uszy trzęsły. No w sumie ja też.
– I co teraz będzie? Zdecydowałaś już? – zapytała pani domu.
– Wyjedziesz do Madrytu? – spojrzał na mnie podejrzliwie defensor.
– Nie. Do Madrytu nie. No coś ty. – zdziwił się – Gdyby Sergio zobaczył mnie w takim stanie, to mogę się założyć, że od jutra byłbyś najlepszym stoperem w FC Barcelonie. – pokręciłam głową – On by mu tego nie przepuścił. Zabiłby go.
– Ramos? – uniosła brwi do góry Hiszpanka.
– Tak.
– No, nerwowy to on jest – przyznał Bartra.
– Co w takim razie masz zamiar zrobić?
– Na którą macie trening? – zwróciłam się do piłkarza.
– Na jedenastą.
– Więc po jedenastej pojadę do domu, spakuję się i pojadę na lotnisko.
– Przyjmiesz ofertę z „La Gazzetta dello Sport” – stwierdziła, gdy usiadła przy stole.
– To chyba najlepsze wyjście. Ja muszę sobie wiele rzeczy przemyśleć. On też powinien się nad paroma zastanowić. – gmerałam w śniadaniu – Tylko, Marc, proszę, nie mów mu na razie o niczym, okay? Nie chcę, żeby mnie złapał przed wylotem.
– A co potem?
– Na pewno się w końcu domyśli, dokąd się wybrałam. Ale całego Mediolanu nie sprawdzi. A już na pewno nie dotrze tam, gdzie będę mieszkać – powiedziałam tajemniczo.
– To gdzie ty się zatrzymasz? – ściągnął brwi wychowanek La Masíi – Masz już coś załatwione, że tak mówisz?
– Tak. Godzinę temu rozmawiałam ze starym przyjacielem. Powiedział, że mogę u niego zamieszkać. Niedawno przeprowadził się do Mediolanu i mieszka sam. Jego żona jeszcze musi dopełnić kontrakt w poprzedniej pracy, więc przyjedzie dopiero za dwa miesiące. A córka zostaje w Londynie.
– To u kogo ty będziesz mieszkać? – ciekawiła się dziewczyna.
– U nowego trenera A.C. Milanu.

***

         Stanęłam na hali odlotów i rozejrzałam się dookoła. Wszyscy się uśmiechali. Chyba ja jedyna byłam smutna. Wsiadłam do taksówki i pojechałam do siedziby „La Gazzetta dello Sport”. Weszłam do sporego budynku, porozmawiałam z mężczyzną, który do mnie dzwonił oraz podpisałam umowę. Na moje życzenie znalazł się w niej zapis, że w każdej chwili mogę zrezygnować z pracy i nie będzie mnie obowiązywał okres wypowiedzenia. Będę jedynie musiała zapłacić karę w wysokości tygodniówki. Złożyłam podpis oraz udałam się do mojego tymczasowego lokum. Niepewnie zapukałam do drzwi. Otworzył mi uśmiechnięty od ucha do ucha Portugalczyk. Porwał mnie radośnie w ramiona. Cieszył się jak głupek.
– Oj, José, José. Nic a nic się nie zmieniłeś.
– Tak samo jak ty. – posmutniał – Znowu uciekasz przed problemami zamiast je rozwiązywać. – otworzyłam usta, by coś powiedzieć, ale mnie uprzedził – Dobrze chociaż, że chowasz się u tych, którzy się o ciebie troszczą. Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć? – pokiwałam głową – No, a teraz musisz mi wszystko opowiedzieć. – zasiedliśmy na wielkiej sofie – Co takiego się stało, że nie chciałaś się pokazać na oczy Sergio? Piqué coś nabroił, tak? Niech no ja go tylko dorwę! – zacisnął pięści i krzyknął.
– Mou… – wtuliłam się w niego – Boję się, że to wszystko się powtórzy – szlochałam. Przed nim nie musiałam niczego ukrywać. Trener o wszystkim świetnie wiedział. Znał moją przeszłość jak mało kto. Niegdyś zwierzyłam mu się z mojego dzieciństwa, powiedziałam, dlaczego zdecydowałam się na wyjazd z Aragonii. Zaś przy sprawie z Alejandro… Cóż, on po prostu wtedy przy mnie był. Pilnował mnie w ciągu dnia na zmianę z Ikerem i Karimem, a w nocy zastępował ich Sergio. Troszczyli się o mnie, dbali. Próbowali podtrzymywać na duchu. Tłumaczyli, że miałam dla kogo żyć, że przecież nie wszystko jeszcze skończone, że miałam przed sobą całe życie. Tylko dzięki nim nie wylądowałam na zamkniętym oddziale w szpitalu psychiatrycznym. Tylko dzięki nim nie skończyłam wtedy ze sobą…







[1] Rihanna ft. Justin Timberlake „Rehab”
[To będzie cud, bym do siebie doszła. To jest chyba to, co dostaję za łatwowierne myślenie. Nie powinnam ci nigdy pozwolić na przekroczenie progu moich drzwi.]